Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CIEKAWE HISTORIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CIEKAWE HISTORIE. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2012

Mój układ z Bogiem to układ rodzinny..........



Izabela Górnicka-Zdziech

Rozmowa z Lucyną Winnicką

Mój układ z Bogiem to układ rodzinny




Czy Pani poczuwa się do grzechu z powodu odejścia od religii katolickiej w stronę hinduizmu?
Nie, gdyż nie jest to odejście od mojej religii, lecz poznawanie świata oraz Boga z różnych stron: jakbym widziała go trochę z przodu, trochę z profilu, trochę z dołu... Moim zdaniem Bóg jest jeden, tylko ludzie kochają go w różny sposób. Nie ma możliwości, by identycznie rozumieć Boga. Jeden człowiek nie pojmie go tak, jak drugi, nawet gdy idą do tego samego kościoła, klękają w tych samych momentach, biją się tak samo w piersi. Mogą być tylko narzucone reguły, rygory, przykazania, dogmaty, które każdy odbiera inaczej jako odmienna konstrukcja psychofizyczna. Wydaje mi się to nieuniknione.
Ale podstawową różnicę znajdziemy w odmiennościach poszczególnych religii. Katolicy jako zbiorowość mają wspólną wizję Boga, którą od hinduizmu dzieli przepaść.
Myślę, że Hindusi nie mogą być skazani na potępienie, dlatego że wyznają inną religię. Czy to byłoby sprawiedliwe? Czasem człowiek jest przecież skazany na taką lub inną wiarę z racji tego, jaką religię wyznaje się w kraju, w którym się urodził. Trudno, żeby nagle Hindus, który nigdy nie wyjechał z Indii, został katolikiem żyjąc w otoczeniu wyznawców hinduizmu. Ja jestem liberalna, akceptuję różne uczciwe sposoby życia, poglądy na świat, religie i drogi do Boga. Dlaczego mam potępiać kogoś, kto nawet nie miał dostępu do mojej wiary?
Wspominała Pani w okresie swoich dalekich podróży o niewytłumaczalnej potrzebie przekraczania siebie, jaka tkwi w człowieku. Zafascynowana pojechała Pani do Indii, by dowiedzieć się, co dzieje się tam w sferze życia duchowego, czy istnieją cuda, czy się spełniają w realnej rzeczywistości czy może w psychice człowieka. Co więc Pani tam dla siebie odnalazła?
W Indiach doznałam czegoś, co nie zdarzyło mi się w żadnym innym miejscu. Było to moje największe przeżycie z wędrówek po świecie. Znalazłam się w aszramie, klasztorze hinduskim, guru – Swami Muktanandy. Podczas pierwszej rozmowy polecił mi medytować w piwniczce pod jego ołtarzykiem – za miejscem, w którym właśnie odbywał swoje spotkanie z uczniami. Uklękłam niedaleko dwóch innych medytujących cieni. Nagle podczas medytacji ogarnęła mnie wielka radość. Zaczęłam śmiać się wewnątrz. Wyszłam stamtąd w poczuciu jasności i szczęścia. Zdarzyło mi się to tylko raz, zupełnie nieoczekiwanie. Byłam wówczas skupiona na hinduiźmie, wierzyłam w siły guru. Tłumaczę to sobie wielką ilością energii, jaką posiadał Swami Muktananda. Być może było to jego promieniowanie?
A czy miała Pani porównywalne przeżycie podczas modlitwy katolickiej?
Były to przeżycia również głębokie, ale nie tak fizycznie odczuwalne, chociaż podczas przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej pamiętam uczucie szczęścia, błogości, rozświetlenia.
Wierzy Pani w moc modlitwy?
Tak, udało mi się kilka razy w życiu wymodlić czyjeś zdrowie. Wierzę, że gorąca modlitwa skoncentrowana na Bogu, na jej przedmiocie, jest ogromnym ładunkiem energii wysłanym w kierunku potrzebującego. Taki ładunek naprawdę może czegoś dokonać.
Będąc w hinduskim aszramie nadal uznawała Pani siebie za katoliczkę?
Tak, ja, katoliczka byłam w aszramie – tak to widziałam. Nawet na myśl mi nie przyszło, że to mogłoby być grzechem.
Przygoda z hinduizmem zmieniła jakoś Pani wiarę katolicką?
Spowodowała być może, że stałam się wieloreligijna. Do katolicyzmu jestem przywiązana jak do imienia i nazwiska. Mnie jednak odpowiada każda religia, która niesie Dobro i Miłość.
Ale każda taka religia wyłącznie ciekawi czy też przekonuje?
Mam trochę wiary w hinduizm, nie w ich bóstwa, ale np. w świętość czystej energii guru takiego jak Swami Maktunanda. Ale proszę spojrzeć jego książka leży u mnie na biurku, lecz od dzieciństwa towarzyszy mi wizerunek Chrystusa.
Powiedziała Pani kiedyś, że fascynacja filozofią orientalną była w czasach materializmu dialektycznego próbą poszukiwania duchowości – dlaczego jednak szukała Pani właśnie w filozofii orientalnej?
To było coś nowego w naszym kraju. Zainteresowała mnie tym niemiecka aktorka Antie Ruge, która pokazała mi książeczkę z ćwiczeniami jogi. Tę pozycję mam zresztą do dzisiaj. Zaczęłam ćwiczyć jogę, doznałam odkrycia natury duchowej. Miałam wrażenie oczyszczenia umysłu. Zmieniłam tempo życia.
Urzekł Panią Wschód, joga, medytacja, łączność z wszechbytem osiągana przez trans, zawieszenie naszej świadomości – wiedza wyższa. Dostrzega Pani jakąś niezgodność tego z religią katolicką? Wiedza wyższa i lepsza pozwalałyby nam także kształcić świadomość osobową indywidualną? Po co byłaby nam potrzebna wolna wola?
Ależ w hinduiźmie los ludzki nie jest zdeterminowany! Trzeba pracować nad sobą, oczyszczać się z negatywnych myśli, kontemplować od rana. Medytacja codzienna jest modlitwą, tylko bez słów oraz osobistego ukierunkowania. W hinduiźmie człowiek ma wpływ jeszcze większy niż w katolicyźmie na to, jaki będzie. Wolna wola jest niezbędna.
Co Pani czyni, gdy między religiami, dogmatami pojawia się konflikt?
Oceniam to po skutkach. Przychylam się ku temu, co przynosi lepsze rezultaty w moim życiu. Oceniam swój stan wewnętrzny. Czasem wybieram elementy z różnych religii, niekiedy zaczynam interesować się czymś nowym, wtedy na jakiś czas porzucam poprzednie praktyki.
Granica między możliwym a niemożliwym, poszukiwana przez Panią latami, gdzie przebiega? Odpowiedziała sobie Pani na to pytanie?
W mojej wolnej woli, w tym, czy chcę dostatecznie silnie, czy nie, co jestem w stanie poświęcić. Zależy to od nas, od kształcenia własnego charakteru. Przykazania postępowania człowieka służą jego rozwojowi oraz lepszemu życiu.
Czy będąc w Indiach uczęszczała Pani do kościoła na mszę? Nie brakowało Pani tego?
Nie przyszła mi tam taka myśl do głowy. Hinduizm ogarniał mnie w ciszy i medytacji. Bóg był wszechobecny.
Sprowadzała Pani do Warszawy filipińskich uzdrowicieli, amerykańsko-hinduskich mnichów i guru. Dzisiaj patrzy Pani na swój ówczesny entuzjazm, zachłyśnięcie się filozofią orientalną z dystansem? Jest Pani krytyczna?
Nie dystansuję się od tego, gdyż są to, moim zdaniem, praktyki bardzo pożyteczne. Niosą one coś, co gubimy w naszej religii katolickiej oraz modlitwach: pustkę. My naszą modlitwę stale czymś wypełniamy: prośbami, myślami, ludźmi. Pustka, w hinduiźmie, otwiera drogę do Boga.
Interesowała się Pani też parapsycholgią, a więc w pewnym momencie życia katolicyzm Pani nie wystarczał w odpowiedziach na najważniejsze pytania?
A dlaczego miałby wystarczać? Życie jest ciekawe, a jeśli człowiek trzyma się jednej poręczy, chodzi tylko po jednych schodach. Zawsze byłam zainteresowana otaczającym mnie światem, ciekawa innych światopoglądów, religii. Uznałam, że nasz światopogląd katolicki niesie niewątpliwie Dobro, dlatego postanowiłam się go trzymać, ale chciałam przyjrzeć się także innym.
Była Pani przez 15 lat związana z Przekrojem jako dziennikarka, stała się tam autorytetem dla czytelników w sprawach magii, magów oraz czarowników. Czy magia nie jest sprzeczna z religią?
Zależy z jak pojętą religią jak pojmowana magia. Być może, że są ludzie religijni lub kapłani, którzy uważają, że jest sprzeczna. W moim pojmowaniu religii – nie jest. Jeżeli wierzę, że diabeł mnie złapie za gardło, gdy w piątek zjem mięso, to znaczy, że moim grzechem jest głupota, a nie magia. Poza tym pisałam o tych sprawach sama będąc pełna wątpliwości. Bacznie obserwowałam, nie ulegając złudzeniom, nie dawałam rozwiązań, nazywając zjawiska diabłem lub cudem. Zastanawiałam się nad istnieniem nieznanych jeszcze człowiekowi sił natury i własnych możliwości, które wymagają pracy. Nigdy bym się nie spowiadała z zajmowania się magią. Nie uważam tego za grzech.
Zajmuje się Pani astrologią, biegiem planet. Odczytuje Pani swoją przyszłość w horoskopach?
Kiedyś to robiłam z ciekawości i może po to, by się podtrzymać na duchu. Sporo cech horoskopowych zauważyłam u siebie oraz u bliskich. Muszę przyznać, że przywiązałam się do horoskopowych charakterystyk. Charakter może zależeć od znaku urodzeniowego! Ja wiążę charakter również z porą urodzenia: mam w sobie ciepło, bo przyszłam na świat w środku lata, ale mam również w swojej naturze buntowniczość – 14 lipca to dzień Rewolucji. Ci z zimy muszą walczyć, być bardziej agresywni, od tego zależy ich przetrwanie. Nie wiem tylko, jak zastosować tę teorię po drugiej stronie globu...
Mówi Pani o sobie feministka. Ale jak Pani ów feminizm rozumie? Kościół bowiem widzi zagrożenie w agresywnym feminiźmie, który zakłada wyzwolenie kobiety, w upodobnieniu się jej do mężczyzny i naśladowaniu go.
Nazywam siebie feministką, gdyż wydaje mi się, że świat nie docenia roli kobiety. A przecież to ona jest bliższa miłości Chrystusowej przez macierzyństwo. Uosabia cechy bardzo ważne w naszej religii. Pokazuje, czym jest dobro i życie poczciwe. Mężczyzna ma w sobie więcej agresji, chęci do walki o byt, zamiłowania rzeczy doczesnych. Według mnie kobieta jest bardziej uduchowiona, aczkolwiek to mężczyźni, nie wiem dlaczego, sprawują w Kościele władzę. A przecież kobieta mogłaby przejąć część tych funkcji. To byłoby zdrowsze i cieplejsze.
Opowiada się Pani za kapłaństwem kobiet w ramach równouprawnienia czy zgadza się Pani z twierdzeniem Kościoła, że kobieta realizuje macierzyński wymiar Kościoła czyli inny rodzaj kapłaństwa?
Nie można w ogóle mówić o pełnym równouprawnieniu kobiet i mężczyzn, gdyż podmiot tego uprawnienia jest różny! Kobieta nie może być równouprawniona do dźwigania ciężarów, których jej konstrukcja psychofizyczna nie jest w stanie udźwignąć. Powinna być równouprawniona w tych dziedzinach, w których została wyposażona w te same instrumenty. Jeśli chodzi o kapłaństwo: inny rodzaj kapłaństwa reprezentuje każdy kapłan. Kobieta zaś w swoim kapłaństwie jest różna od mężczyzny, więc rzeczywiście musi realizować się w tym inaczej w zależności od natury. Ale dlaczego nie ma się realizować jako ksiądz i udzielać sakramentów? Nie zgadzam się, że jest jej przynależny tylko macierzyński wymiar kapłaństwa. Kobieta byłaby świetnym spowiednikiem, ponieważ jest wrażliwsza od mężczyzny i lepiej rozumie ludzką psychikę. Sakrament jest dla mnie zresztą bardziej symbolem niż rzeczywistym aktem.
A jak Pani tłumaczy fakt, że Maryja była najbardziej godna, a przecież Jezus ani jej, ani żadnej innej ze świętych niewiast nie powierzył kapłaństwa. Dar kapłaństwa został powierzony apostołom.
Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że Maryja mogłaby dostąpić kapłaństwa. Była przecież Matką Chrystusa. Myślę, że dla Maryi byłaby to degradacja, przecież została ona ulepiona z tej samej gliny co Bóg. Jezus nie powierzył też kapłaństwa żadnej innej kobiecie, gdyż w tamtych czasach kobiety stały w hierarchii społecznej znacznie niżej niż mężczyźni. Decyzja Jezusa wynikała z obyczajowości. Dzisiaj kobieta może być nawet prezydentem, ale wciąż nie dostąpi kapłaństwa. Może jednak jest to nasze powolne dorastanie do różnych ról, jakie kobieta może spełniać. Nawet mnie samą raziłby na początku obraz kobiety przy ołtarzu, musiałabym do tego przywyknąć.
Jest Pani bardziej biblijną Ewą czy Maryją, matką Jezusa?
Zawsze wybieram sobie w życiu pozycję pośrodku, dlatego trudno mi na to odpowiedzieć. Być może jako Ewa zerwałabym jabłko, chociaż gdyby mi powiedziano, że nie wolno dla dobra ludzkości, prawdopodobnie bym to uszanowała. Jestem bardziej Ewą, gdyż Maryję widzę wyłącznie jako matkę Jezusa, nie mam żadnego obrazu cech jej charakteru. Kojarzy mi się Ona z honorem i świętością. Wydaje się być zatopiona w swoim macierzyństwie, a ja działam w różnych dziedzinach życia. Biblijna Ewa szybciej dostosowałaby się do współczesności niż Maryja. Ewa jest mi bliższa jako matka całej ludzkości.
Zatem wielka szkoda, że nie dane Pani było zagrać Ewy w filmie! Jako aktorka zyskała Pani światowe uznanie i otrzymała wiele nagród z prestiżową Kryształową Gwiazdą Francuskiej Akademii Filmowej dla najlepszej aktorki w 1961 r. Czy wiara była jednym z tych elementów, które pozwoliły Pani zdystansować się od sukcesu?
To była raczej kwestia charakteru. Może wiara wypracowała we mnie rodzaj skromności. Nigdy nie udzielałam się w żadnych organizacjach partyjnych. Odpowiada mi poczucie, że organizacyjnie nie przynależę do nikogo. Zostałam ochrzczona, jestem członkiem Kościołą katolickiego, chodzę do kościoła, chociaż niezbyt regularnie. Miałam okresy, kiedy byłam blisko ludzi wierzących, przystępowałam codziennie do Komunii św., z szalonym poczuciem obowiązku podchodziłam do wypełniania obowiązków religijnych. Wspominam te chwile, jako bardzo dobre. Czasem, jak już wspominałam, odchodziłam od Boga do życia bardziej świeckiego, zauroczenia filozofią Wschodu. Mój związek z Bogiem przypomina układ rodzinny: niekiedy jest się blisko rodziców, innym razem się wyjeżdża i zapomina o nich na chwilę. Nie wiem, czy to jest jednak w porządku, ale na pewno w porządku jest wracać.


Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 16. sierpnia 2002 r.


Inne wywiady Izabeli Górnickiej-Zdziech ukazały się w książce Rozmowy pod niebem [ rezenzja Beaty Wróblewskiej ].

wtorek, 19 lipca 2011

VIVIAN MAIER - NIANIA, KTÓRA PRZEJDZIE DO HISTORII







Tajemnicza,skromna Pani Niania-fotograf. Fotografowała z pasją wszystko to co ją zaciekawiło. W momencie zwolnienia migawki temat nie wydawał się aż tak ciekawy, więc wiele rolek jej filmów nie doczekały się za jej życia wywołania. Po 50-60 latach jednak uchwycone momenty nabrały innego wymiaru. Czas zapisany na kliszach dawno już przeminął.To tylko przypadek sprawił,że te fotografie zobaczyły światło dzienne.


Vivian Maier zmarła w kwietniu 2009 w Chicago.
Krótko potem pewien fotograf, John Maloof, kupił na aukcji staroci 40.000 negatywów.
Nie wiedział co kupuje, a kwota 400 dol. nie była kwotą wysoką. Zaryzykował.
John Maloof trafił na prawdziwy skarb. Były to zdjęcia z lat 1950-70 Vivien Maier.
Parę tych zdjęć zamieszczam.






Kim była Vivian Maier? Była jedną z nas.... milionów nieznanych fotografów:)
A mnie i tak wydaje się, że świat dla fotografa 50 lat temu był bardziej przyjazny. Prawo do wizerunku:) Twarze z tych fotografii przeszły do histori.

wtorek, 14 czerwca 2011

KONIE Z SOBKOWA

Psy i konie to moje ulubione stworzonka:) Tutaj prezentacja Stajni Zamku Rycerskiego Sobków. Dosłownie stajni:) Jest Beza i Pani Marta.  Trwa jeszcze  wiosna, więc w Sobkowie mnóstwo źrebiąt. Warto tam zagladać, można pojeździć. Piękne spokojne miejsce.












czwartek, 27 stycznia 2011

NUMER OBOZOWY 6804

27 stycznia 2011 r. minęło 66 lat od wyzwolenia niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz. Podczas uroczystości rocznicowych prof. Władysław Bartoszewski, były więzień i twórca Fundacji Auschwitz-Birkenau skierował do całego świata specjalny Apel o pomoc w zachowaniu autentycznych pozostałości byłego obozu.
„Chcę pomóc w zachowaniu tego świadectwa, jako żywego symbolu ludobójstwa i nietolerancji. Robię to dla upamiętnienia wszystkich ofiar, które zginęły w Auschwitz-Birkenau oraz tych, którzy to piekło przeżyli. Robię tak ze względu na to co się wydarzyło, co dzieje się teraz i co może stać się ponownie” — czytamy w Deklaracji Pamięci, którą każdy podpisać może na specjalnej stronie internetowej Muzeum Auschwitz - pl.auschwitz.org.pl





Wystąpienie Augusta Kowalczyka
Miasto.
Poranek.
A właściwie jeszcze wcześniej – świt nad miastem, które powoli opuszcza miarowy rytm przebudzenia.
Człowiek bezwład spoczynku zamienia w pośpiech, przy akompaniamencie powracających, codziennych dźwięków, tak znanych, że aż niezauważalnych, a przecież nad tym miastem narodził się dźwięk, którego początkowo oświęcimianie nie potrafili nazwać – a to przez miasto sunęła śmierć obuta w drewniane sapogi, holenderki, buty śmierci.
– Gdzie byłeś wtedy i Ty Kolego z numerem i Ty, który tu przyjechałeś ze swoim dziadem? A Ty, który jedynie w szkolnej ławie poznawałeś historię – nie, Ciebie jeszcze nie było wśród nas. Gdzie byliście wiosną 1941 roku o świcie?
Czy wiecie, że wtedy niewiele brakowało, aby to miasto nad Sołą stało się miastem z-a-s-z-u-r-a-n-y-m, całkowicie oddanym śmierci obutej w drewno i pełzającej tuż, tuż przy ziemi.
Słabą szansę przeżycia dnia, który się właśnie zaczął, miał człowiek. Każdy krok był miną, jaka mogła wybuchnąć w bandyckiej reakcji kapo bądź esesmana. W ruch szły razy. Kije i kolby. A przecież on się tylko potknął.
Potem raz i drugi i już nie podnosił nóg. Szedł szurając śmiertelnym drewnem. I tego dźwięku, tego pojedynczego, a potem zbiorowego szurania, pierwszego dnia przemarszu komanda Bunawerke przez miasto Oświęcim, oświęcimianie nie potrafili nazwać. Ale to za pierwszym razem. A potem było prościej, zwłaszcza powrót z pracy we Dworach.
Najczęściej powtarzane słowa: p-o-g-r-z-e-b! P-o-g-r-z-e-b-y!
Nieśliśmy tych, którzy padli z wycieńczenia, w pracy ponad siły, od kapowskiego kija, od esesmańskiej kuli. Szurający pogrzeb. Ale ciała poległych, zwisające bezwładnie, były bose. Sapogi nieśli osobno. Tak śmierć zaklęta w tym drewnie udawała trumnę, trumienkę.
– Sapogi – stwierdziła dyrekcja IG Farben Auschwitz – ograniczają wydajność pracy. Zaczęto wymieniać na różne buty z demobilu, korzystać z obuwia po zmarłych, obuwia z tzw. „Kanady”.

Ale było i tak …!
Od piwnicznego sufitu, powoli, leniwie, po ścianie bloku 4 spływały krople wody. Łączyły się w cienkie strużki, które przyspieszały w miarę zbliżania do podłogi. Blok 4, pierwszy z nowo wybudowanych – blok mieszkalny – został oddany w grudniu. W piwnicy była jedna ze sztub. Moja. Ułożone pod ścianą, nowe, papierowe sienniki, wypełnione świeżą słomą, nasiąkały wilgocią.
Z Müllerem mieliśmy pod okienkiem w piwnicy nasze dwa metry betonowej podłogi, na której teraz układaliśmy wspólny siennik. Dźwigaliśmy go, jak worek ziemniaków. Był ciężki i mokry. Drewniane sapogi, holenderki zawinięte w spodnie, służyły za zagłówki. Koc mieliśmy jeden na dwóch. W półsiedzącej pozycji, oparci o ścianę, milczeliśmy tego niezwykłego wieczoru, bojąc się słów, jakie rozpaczliwie cisnęły się na usta. Była Wigilia 1941 roku.
Sztuba zasłana siennikami wypełniała się tęsknotą, rozpaczą tych, którzy wspominali tamte wolnościowe wieczory wigilijne. W pewnym momencie zaczepiłem wzrokiem więźnia z zielonym winklem. Przeszedł obok nas aż do końca sztuby, zawrócił i zatrzymał się przy naszym sienniku.
– Jak ci na imię? – zwrócił się do mnie po niemiecku.
– August.
– Lubisz placki kartoflane?
Mój wzrok na pewno wyrażał zdziwienie. Müller chyba parsknął śmiechem.
– Lubię – zabrzmiało zdecydowanie, ale jakby z nutką podejrzliwości.
Niemiec sięgnął pod płaszcz, wyjął spod pachy żołnierską, blaszaną menażkę.
– To dla Ciebie i Kolegi. Z bożonarodzeniowymi życzeniami.
– Nie widzę twoich butów – stwierdził ni stąd ni zowąd.
– Drewniaki mam pod głową.
– Za chwilę przyjdę po menażkę. Smacznego.
Ostatnim plackiem „przełamaliśmy” się z Müllerem, jak opłatkiem. On myślał o swoich w Radomiu, ja o swoich w Mielcu i Dębicy. Wrócił darczyńca. Zabrał menażkę, a na kocu położył parę skórzanych butów z cholewami.
– August, niech ci służą, niech te buty zaniosą cię całego i zdrowego do domu. I odszedł! Müller z niedowierzaniem patrzył za odchodzącym.
– Anioł z zielonym winklem – wyszeptał.
To było jedyne z nim spotkanie. Nigdy go nie widziałem ani przedtem, ani potem. A anioł był Niemcem, kryminalnym przestępcą (zielony winkiel), który pojawił się w wieczór wigilijny 1941 roku, poczęstował ziemniaczanymi plackami, obdarował skórzanymi butami i odszedł, pewnie do swojego „nieba”, bo chyba nosił je w sobie. A życzenie: „niech te buty zaniosą cię całego i zdrowego do domu” spełniło się tylko częściowo.
Zaniosły mnie pół roku później nad kanał Königsgraben – „Rów królewski” – skąd w czasie buntu Karnej Kompanii uciekłem w zbiorowej ucieczce, ale „ wigilijne buty” pozostały w zaroślach nad Wisłą. Rzekę przepłynąłem boso. Tu psy traciły trop. Nie sposób dzisiaj uchylić się od magicznego wprost znaczenia obuwia w życiu niewolników III Rzeszy i IG Farben Auschwitz. Zapewne nie do końca przewidywalna jest rola przedmiotów w naszym życiu, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie ich życia w naszym.
Minęło 30 lat i znów pojawiły się „wigilijne buty”. W latach siedemdziesiątych, na terenie Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu wschodnioniemiecka wytwórnia z Babelsbergu realizowała zdjęcia do filmu pod tytułem „Portrety świadka Schattmanna” (Die Bilder des Zeugen Schattmann). Historia żydowskiego małżeństwa w KL Auschwitz. Propozycja zagrania więźnia, po latach grania w TV i filmie esesmanów, była kusząca. W znacznej mierze podyktowana goloną głową – w tym czasie w teatrze gram Mefista w „Fauście” Goethego. Jadę na próbne zdjęcia. Przełom wiosny i zimy. Resztki śniegu pomiędzy blokami. Baza w bloku 8. Kiedyś mój blok. Moja sztuba. Pełni funkcję magazynu kostiumowego. Bez problemu wybrałem pasiak, ale przy propozycji sapogów, drewnianych „holenderek”, leżących na stosie zaprotestowałem.
– Tylko skórzane!
Pani kostiumerka spojrzała na mnie podejrzliwie, jak na tego artystę, który jeszcze nie wie, co ma grać, ale już ma własną koncepcję.
– Proszę Pana, przygotowałam się do tego filmu bardzo starannie, przejrzałam dokumentację i dalej proponuję drewniaki.
Sięgnąłem do portfela, w którym miałem moją oświęcimską „trójeczkę”, z profilu, en face i z numerem. Historyczne zdjęcie. Wsunąłem w szczeliny lustra.
– Oto moja dokumentacja. Wrażenie było piorunujące. Od tego momentu wiele dodatkowych godzin spędziłem z ekipą niemiecką, tylko wspominając.
A wspomnienie kończyłem na „wigilijnych butach”. I to był prawdziwy koniec butów śmierci, drewnianych sapogów, które omal nie zaszurały Oświęcimia, miasta nad Sołą, miasta s-t-y-g-m-a-t-u w historii człowieka.




Byłem uczniem księdza Deca i profesora Buszki.

W czasie spotkań z absolwentami naszej szkoły nasuwają się różne refleksje i uczucia. Tak niewielu zostało już przedstawicieli niektórych roczników maturalnych. Ci, którzy się tu spotkają mają okazję do wymiany wrażeń związanych z pobytem w szkole, wspomnień z dawnych lat , zwiedzania wystawy historycznej, wspólnego oglądania zdjęć… Obecni nauczyciele, pracownicy szkoły i uczniowie mogą poznać niewielu już niestety członków najstarszych roczników. Jest wielu gości, w różnych miesiącach roku szkolnego ale tylko z niektórymi z nich udaje się zamienić kilka słów. Postaramy się przybliżyć sylwetki niektórych z nich.
Zacznijmy od p. Augusta Kowalczyka, którego aktualnie możemy zobaczyć na ekranach telewizorów w powtarzanych serialach: „Chłopi” (w roli wójta) oraz „Stawce większej niż życie” (w roli porucznika Dohne). Popularny aktor teatralny i filmowy, reżyser i dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie i Teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie był uczniem dębickiego gimnazjum i liceum tuż przed wybuchem II wojny światowej. Wakacje roku 1939 spędzał w Dzierzgonowie u zaprzyjaźnionej rodziny, a następnie na obozie wojskowym nad Popradem. Ogólna mobilizacja w sierpniu przerwała obóz i chłopcy, którzy na nim przebywali, musieli wracać do domów.
August z braćmi i matką wyjechali do odległej o 13 km od Dębicy wsi Mała. Ojciec przygotował inspektorat szkolny w Mielcu do ewakuacji. W Małej p. August przebywał do końca kwietnia 1940 roku. Tu zrodził się pomysł przedostania się do Polskiego Wojska we Francji. Razem z kolegą Zbigniewem Makuszewskim wyruszyli pieszo trasą wiodącą przez Brzostek, Jasło, Dębowiec, do Słowacji. Tutaj zostali aresztowani. Najpierw więzienie w Jaśle, potem w Tarnowie i na końcu obóz w Oświęcimiu. I tak uczeń klasy licealnej zostaje numerem obozowym 6804. W ciągu półtorarocznego pobytu w obozie dopełnia się cała tragedia jego wojennego życiorysu. Po ucieczce ukrywa się i dzięki pomocy mieszkańców Bojszów i Oświęcimia staje się „ocalonym”.
Pozostałe lata wojny wypełnia działalność konspiracyjna w AK. Po wojnie zdaje maturę i rozpoczyna studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie rozpoczyna pracę w Teatrze Rapsodycznym i kolejno w Teatrze Ludowym i Polskim oraz w Teatrze im. A. Mickiewicza w Częstochowie. Pomimo aktywnego życia zawodowego nie zapomina nigdy dramatycznego rozdziału z okresu pobytu w obozie koncentracyjnym. Wspomnienia z przeszłości dopominają się o utrwalenie, dlatego też w roku 1981 napisał i zainscenizował monodramat pt. „Więzień nr 6804” prezentowany w szkołach prawie całego kraju. Tomik poetyki pt. „Zakład asekuracyjny” jest literackim debiutem aktora Augusta Kowalczyka, a jednocześnie próbą rozrachunku z życiem, nad którym zaciążył pobyt w obozie koncentracyjnym, opisany dokładnie w trylogii pt. „Refren kolczastego drutu”.
W niej autor pisze: ”Powraca jak refren tamten czas. Tak już będzie do końca. Uporządkowanie i dające się opisać zdarzenia, refleksje, emocje, fakty, na stronach tej trylogii świadczą o dramatycznym zdarzeniu, historii stającej się moim czasem wzrastania. Dojrzałość pojawiła się wśród codziennych wyborów, a prawie każdy alternatywny: życie – śmierć”.
Pierwsze strony książki pt. „Refren kolczastego drutu” ukazują początek zasłużonych wakacji chłopca, który właśnie skończył I klasę licealną i otrzymał promocję do klasy II. Cisza, spokój i radość wieku młodzieńczego charakteryzujące pierwsze linijki nie zapowiadają tej strasznej tragedii, która właśnie nadciąga. Poprzez pryzmat wspomnień Augusta, ucznia klasy licealnej, przecieka atmosfera panująca wśród uczniów i nauczycieli dębickiego gimnazjum w przededniu wojny. Początkowo spokojne wspomnienia obozu wojskowego nad Popradem „Na własne żądanie stanąłem do raportu u dowódcy kompanii, porucznika Alojzego Buszko. Był to mój profesor historii, prowadzący w Dębicy zajęcia PW, jednocześnie opiekun nowo powstałej organizacji młodzieżowej „Straż Przednia”. Wspólnie z Profesorem wieszaliśmy w auli liceum portret Skwarczyńskiego. Patriotyczne emocje uroczystości współgrały z młodzieńczą świadomością obowiązku służby dla Ojczyzny. Służby, która miała się rozpocząć już wkrótce. Wtedy ani ja, ani Profesor nie przeczuwaliśmy, że ten obowiązek postawi nas na długie lata wobec alternatywnego wyboru: życie – śmierć”. Lektura książki „Refren kolczastego drutu” przedstawia dzieje młodego chłopca rzuconego w ogrom i tragedię wojennych bestialstw widzianych jego oczyma.
Na pytanie, jak to się stało, że znalazł się za bramą obozową, odpowiedział: „Będąc uczniem Księdza Deca i profesora Buszki nie mogłem zostać obojętnym. Postanowiłem pójść do Wojska Polskiego we Francji”. To jedno zdanie mieści w sobie wiele treści.
Dziś, kiedy patrzy się na Augusta Kowalczyka aktora grającego różne role filmowe, nasuwa się refleksja, którą kiedyś wypowiedział Czesław Miłosz: „Nie wiemy, jakie są piekła i nieba ludzi mijanych na ulicy”. Pod kostiumami teatralnymi widnieje niezmywalny numer byłego więźnia 6804. Jak bardzo zakodowały się w psychice młodego chłopca tamte wydarzenia świadczy zdanie wypowiedziane w trakcie rozmowy aktora ze swoim synem: „Tak synu, są w życiu zdarzenia, słowa, kolory, zapachy, których się nie zapomina do końca swoich dni. Obyś, podobnych do moich nigdy nie musiał doświadczać”.
Pan August Kowalczyk na obchody jubileuszu stulecia szkoły przyjechał z bratem Jerzym mieszkającym obecnie w Gdyni. Pan Jerzy Kowalczyk był uczniem naszej szkoły, która w okresie okupacji realizowała program tajnego nauczania pod szyldem szkoły handlowej. W trakcie rozmowy, wymiany spostrzeżeń na temat materiałów znajdujących się na wystawie historycznej bracia August i Jerzy Kowalczykowie obiecali zastanowić się i napisać parę słów wspomnień dotyczących lat szkolnych spędzonych w dębickim gimnazjum i liceum. Z pewnością uzupełni to materiały w archiwum szkolnym dotyczące okresu wojny i okupacji. Tekst - mgr Lidii Górskiej

August Kolawski w filmie z 1961 roku "Milczace slady"

a niżej "Sekret Enigmy" oraz "Janosik":)