sobota, 4 maja 2013

DEPRESJA DIANE ARBUS


Diane Arbus - (1923 – 1971)


Uważana za jedną z najważniejszych artystek XX wieku. Kobieta, której prace zakwestionowało tradycyjne pojmowanie estetyki w fotografii. Czerń i biel – piękno i szpetota. Jej sposób fotografowania na zawsze odcisnął trwały ślad na pracy tych, którzy poszli jej śladami.


Ta urodzona w rodzinie żydowskich potentatów futer, wychowywana jak osiemnastowieczna księżniczka, której francuska niania zabraniała podczas zabawy z rodzeństwem ściągać białe rękawiczki, jako dorosła kobieta wchodziła do mieszkań w nowojorskich gettach, do obskurnych pokoi hotelowych, cyrkowych namiotów, na zaplecza barów tabel-dance i na spotkania amerykańskich nazistów. Oglądała obcych ludzi w najbardziej intymnych relacjach z rodziną, kochankami, z narcystycznym odbiciem w lustrze garderoby. Była odważna, a nawet, jeśli czuła niepokój, brała górę ciekawość i przekonanie, że jeśli nie zrobi tych zdjęć, ludzie pewnych rzeczy nigdy nie zobaczą. W sierpniu 1970 roku jej zdjęcie  Miss Mary King and her dog, Troubles otrzymało nagrodę od American Society of Magazine Photographers za: „ukazanie prawdy w znalezionej osobie, która mogłaby nie zostać dostrzeżona, przez mniej spostrzegawczych”.
©Diane Arbus, Identyczne bliźniaczki Roselle, New Yersey, 1967


Fascynowała ją kontrowersyjna brzydota, coś co stało w kontraście do normalności. Czerń i biel życia. O czym myślała przemierzając brudne ulice Nowego Jorku. Co nią kierowało ? Czy osobiste skrzywienie psychiczne, czy tylko ciekawość „dziewczynki z dobrego domu” którą pociąga to co zakazane i brzydkie.. Fotografowała karłów, psychicznie chorych, ludzi z zespołem Downa. 

Szokowała? Raczej udowadniała, że świat jest różnorodny, ciekawy i czasem taki „inny”.

Poszukiwała również bohaterów swoich foto-opowieści przez ogłoszenia. Nudystów, połykaczy ognia, transwestytów, niewidomych, karłów i wielkoludów, bliźniaczek, trojaczek i „supergwiazd” okolicznych spelunek i barów. Wiem jak trudne jest robienie takich zdjęć, jaka szalona motywacja, by wyzwolić w obiekcie zdjęć chęć pokazania się w swej chorobie, czy szpetocie. Mimo moich wielu lat zmagać z aparatem nigdy nie miałam w sobie podobnej siły . Ta masa sprzętu, którą musiała ciągnąć za sobą . Nie były to przecież cyfrowe lustrzanki, lekkie, łatwe do ukrycia. Nie, nie wiem jak jej się to udawało i co było początkiem tej ekstremalnej pasji...... Jak przekonywała ludzi, na przykład nudystów, do pozowania?  Ludzie którzy ją znali twierdzili, że to osobista siłą, ludzie jej ufali. Nie było w niej samej żadnych barier, „zrobić zdjęcie, to jakby kogoś uwieść”.


Jej zdjęcia mają niezwykłą moc i przesłanie. To wołanie o miłość do innego, tolerancję i akceptację ludzkiej "dziwności".


W 1971 roku Diane Arbus popełniła samobójstwo podcinając sobie żyły i przyjmując dużą ilość leków psychotropowych. I tu chyba należy szukać przyczyny jej zainteresowań, ale i jej osobistej tragedii.

Wierzę naprawdę, że są rzeczy, których nikt by nie zauważył, gdybym ich nie sfotografowała”

czwartek, 2 maja 2013

KREWETKI Z CHILLI

Dzisiaj na śniadanie zamiast owsianki czy innej zabajonej treści krewetki w chili i czosnku. Stawia na nogi nie gorzej niż kawa.....
Czasami zapominam o   normalnych przyjemnościach :) 


Cykl 24-godzinny powoduje, że codziennie wykonujemy te same czynności, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. No nie, może sobie zdajemy sprawę tylko do końca nic na to poradzić nie możemy. No i ta nieuchronność........codzienności. ŁAdnie to napisał Andrzej Waligórski w Limerykach.....

LIMERYKI
Żył raz mnich, co zbieraczem był ikon
Dnia jednego wydał gromki ryk on,
Rzucił klasztor z tym rykiem
I się został górnikiem
Co przekraczał stale dzienny wykon.

Żył raz pewien chłop na Dolnym Śląsku
Co nie spełniał swoich obowiązków
Tylko chadzał na bale,
I za to raz szakale
Pozjadały go kąsek po kąsku

Nieuczciwy sprzedawca w komisie
Brał zbyt dużą należność za misie
Nylonowe, a za to
Wpadł do beczki z sałatą
I tam nogi połamały mu się.

Pewien autor przepięknej symfonii
Stał się raz właścicielem "Panonii"
I świecąc sobie świeczką
Odkręcił w baku wieczko
(...)

Pewien młody badacz od kolegi
Wypożyczył wóz na cztery biegi
I świecąc sobie świeczką
Odkręcił w baku wieczko
Wskutek czego zamienił się w piegi.

Był raz jeden chłopaczek z Kleciny
Co się nie mógł nauczyć łaciny
Aż nauczył się naraz
Gdy kolega kawalarz
Dał mu wódki z domieszką benzyny.

Posłał jeden miłośnik opery
Primadonnie dwa szwajcarskie sery,
Poczem trzy pierwsze rzędy
Uciekały w te pędy
Przekraczając dźwiękowe bariery

Jeden facet zaczął nocną porą
wołać głośno że widzi znak Zorro,
I przykro było ujrzeć
Jak go żona wraz z wujciem
I z babunią grubą lagą piorą.

Raz na Krzykach tuż koło remizy
Dwaj bandyci robili sriptizy,
Lecz nie sobie, przechodniom!
A całą odzież spodnią
Ładowali do dużej walizy.

W poniedziałek odkryto na Hubach
Nielegalny dział produkcji rubach
Luźnych, względnie z wycięciem
Co cieszyły się wzięciem
Na prywatkach, pogrzebach i ślubach.

Administrator Adam admirował Annę
Która przyszła by zgłosić swą zatkaną wannę,
Stąd od dnia ślubu czują i Adam i Ania
Atawistyczną ansę do ablucjowania.

Buszował był Benedykt bezowocnie w biurze
Bo pragnął w swój życiorys wnieść zmiany nieduże,
Ale stróż nocny słysząc że gdzieś trzeszczy dykta
Bagnetem bardzo bęcnął w biodro Benedykta.

Całował cwaną Cesię celowniczy coraz
Pragnąc jej swoich uczuć wyrazić iloraz,
Ale zginęli szybko i lekko jak muszki
Cisnąc ciałami cyngiel cesarskej Car-puszki.

Drwił dekadencki Dyzio z dramatów Dygata
Choć ów powieści pisze nie żadne dramata,
Wreszcie zeźlony Dygat krzyknąwszy - psiajucha!
Dodusił w Dyziu dublem dekadencji ducha.

Eksmitował Edmunda do Ełka Eustachy
Bo Edmund rwał mu żonę pod szyldem gry w szachy.
Co słysząc, owa żona zemdlała pośród zgiełku
A erotoman Edmund eksplodował w Ełku.


Miłego "nieuchronnego" :) na dzisiaj.

sobota, 27 kwietnia 2013

CAŁKIEM ZNANA PRAWDA.....A JEDNAK


Charles Bukowski o wyzysku i pracy na etacie 




Portal http://booklips.pl opublikował z zupełnie fajnym dopełnieniem list  Charlesa Bukowskiego do swojego wydawcy. Pozwoliłam sobie na skopiowanie w całości.



"...W 1986 roku Charles Bukowski wysłał do swojego wydawcy list, w którym wspomina czasy, gdy pracował w firmie zajmującej się osprzętem oświetleniowym, oraz dzieli się przemyśleniami na temat aktualnych wydarzeń (w tym przypadku fali zwolnień, która przetoczyła się przez USA w latach osiemdziesiątych za sprawą polityki deregulacji rynku i „pobudzenia gospodarki” administracji Reagana).

List, którego wymowa społeczna jest zaskakująco aktualna w dzisiejszych czasach, został opublikowany w zbiorze korespondencji Bukowskiego pt. „Reach for the Sun. Selected letters 1978-1994 vol. 3″.


Cześć John:Dzięki za dobry list. Myślę, że czasami nie zaszkodzi pamiętać, skąd się przyszło. Znasz miejsca, skąd ja przyszedłem. Nawet ludzie, którzy o tym piszą lub robią filmy, nie mają o tym pojęcia. Nazywają to ‘Od 9 do 5’1. To nigdy nie jest od 9 do 5, nie ma przerwy na lunch w takich miejscach, w rzeczywistości w wielu z nich, żeby zachować pracę, nie idzie się na lunch. Za to są nadgodziny, a księgowość nigdy nie potrafi policzyć ich jak należy, a jeśli narzekasz, to na twoje miejsce czeka kolejny frajer.Znasz moje stare powiedzenie: ‘Niewolnictwo nigdy nie zostało zniesione, po prostu zostało rozciągnięte na wszystkie kolory’.I to co sprawia ból, to stale znikające człowieczeństwo u tych, co walczą o utrzymanie pracy, której nie chcą, ale obawiają się gorszej alternatywy. Ludzie po prostu stają się pustką. Są ciałami ze strachliwymi i posłusznymi umysłami. Ich oczy tracą blask. Głos staje się paskudny. I ciało. Włosy. Paznokcie. Buty. Wszystko.Jako młody człowiek nie byłem w stanie uwierzyć, że ludzie mogą poddać się takim warunkom. Jako stary człowiek wciąż nie mogę w to uwierzyć. Z jakiego powodu to robią? Dla seksu? Telewizora? Samochodu na raty? Czy dzieci? Dzieci, które zrobią potem dokładnie to samo co oni?We wczesnej młodości, kiedy przechodziłem z jednej pracy do drugiej, byłem na tyle głupi, że czasami mówiłem do moich współpracowników: ‚Hej, szef może wejść tu w każdej chwili i zwolnić nas wszystkich, tak po prostu, nie rozumiecie tego?’Tylko na mnie patrzyli. Przedstawiałem im coś, czego nie chcieli do siebie dopuścić.Obecnie w przemyśle są ogromne zwolnienia (huty, zmiany technologiczne w innych fabrykach). Są zwalniani setkami tysięcy, a na ich twarzach maluje się zdumienie:‘Oddałem 35 lat swojego życia…’‘To niesprawiedliwe’‘Nie wiem, co robić’

Nigdy nie płacą niewolnikom wystarczająco dużo, żeby mogli się wyzwolić, tylko w sam raz, żeby mogli przeżyć i wrócić do pracy. Byłem w stanie to dostrzec. Dlaczego oni nie byli? Doszedłem do wniosku, że ławka w parku albo bycie ćmą barową były tak samo dobre.

Właśnie napisałem o tym wszystkim z odrazą i przyniosło mi ulgę wyrzucenie z siebie tego gówna. A teraz, gdy jestem tak zwanym zawodowym pisarzem, po tym jak zmarnowałem pierwsze 50 lat życia, odkryłem, że istnieją kolejne odrazy

Pamiętam, jak kiedyś pracowałem jako pakowacz w pewnej firmie oświetleniowej i jeden z pakowaczy powiedział znienacka: ‘Nigdy nie będę wolny!’
Jeden z szefów przechodził (nazywał się Morrie) i wypuścił z siebie taki uroczy rechot, czerpiąc satysfakcję z faktu, że ów pakowacz był uwięziony na całe życie.

Zatem szczęście, że udało mi się w końcu wydostać z tych miejsc, nieważne ile czasu mi to zajęło, dało mi poczucie radości, radosną uciechę z cudu. Obecnie piszę ze starego umysłu i starego ciała, dawno po czasie, w którym większość ludzi nadal myślałaby o czymś takim, ale skoro zacząłem tak późno, jestem sobie to winny i choć słowa zaczynają się chwiać, i trzeba mi pomoc wejść po schodach, i nie potrafię odróżnić błękitnika od spinacza do papieru, to wciąż czuję, że coś we mnie będzie pamiętać (nieważne jak stary będę), jak przeszedłem przez mordęgę, gówno i harówkę do przynajmniej wspaniałomyślnej metody na śmierć.Nie zmarnować zupełnie swojego życia wydaje się godnym szacunku osiągnięciem, nawet jeśli tylko dla mnie samego.

Twój chłopak
Hank”

Adresat listu, John Martin, był długoletnim wydawcą i przyjacielem Bukowskiego. Gdyby nie Martin, to najsłynniejszy ‚obleśny staruch’ literatury być może nigdy nie zdecydowałby się zostać pisarzem. W 1969 rokuBukowski pracował na poczcie, gdzie zajmował się segregacją listów i był na dobrej drodze do zapicia się na śmierć, gdy Martin zaoferował mu 100 dolarów miesięcznie do końca życia, pod warunkiem, że Bukowskirzuci pracę i weźmie się porządnie za pisanie. Przyszła ikona niepokornej literatury zrobiła to i dwa lata później ukazała się debiutancka powieść „Listonosz”.....)

Nie czytałam wcześniej tego listu. Prawdy w nim ukryte,  chociaż ogólnie znane innym i mnie samej wstrząsnęły mną. W pewnym sensie odnalazłam siebie samą chociaż może nie aż tak bardzo doświadczoną w sensie "głębi poznania" :) Brak życiowego steru, nie wiedza, niewiara, a co za tym idzie bezsens życia. I cud  spełnienia po długie deszczowej drodze...........warto się zastanowić. Życzę wszystkim spełnionego cudu życia, nawet  w ostatnich latach życia.................................


niedziela, 27 stycznia 2013

RUINY PO BARZE BARCELONA - ADAM ZIEMIANIN NA MURACH




Są takie miejsca... gdzie ludziom uśmiechanie się przychodzi wyjątkowo łatwo, gdzie myśli są radosne, dni harmonijne i piękne. Z uśmiechem na twarzy i aparatem w ręce wyruszam w te miejsca, odwiedzam ich mieszkańców, chłonę ich miłość, tryb dnia, wolność i radość.”

BARTOLOMEO KOCZENASZ

Ten radosny człowiek to działacz na rzecz uśmiechu w Polsce. Jest kreatywnym fotografem, radosnym studentem filozofii, twórcą podróżniczego projektu Smiley Planet (Uśmiechnięta Planeta) i organizatorem Pierwszego Światowego Dnia Uśmiechu w Krakowie. Obecnie mieszka w Krakowie, gdzie studiuje, tworzy i prowadzi zajęcia z Jogi Śmiechu.



Barcelona

Obudziłem się nagle w "Barcelonie"
pan Jasio nerwowo
roznosił piwo
jak zwykle nie wydając reszty
Galaretka wieprzowa
trzęsła się ze strachu
gdy przy drugim stoliku
usiadł donosiciel
Wojtek Belon
wciąż chciał
wyjechać z "Barcelony"
w góry
lecz coś go trzymało
Potem przyszedł Andrzej
z Musiałem i Jurkiem Gizellą
usmiechali się stypendialnie
Wtedy jeszcze mieliśmy
paszporty do młodości
takie radosne
Mural powstał w ramach trwającego Grolsch Art Festival - Kraków 2012. Autorem jest Bartolomeo Koczenasz. Mural złożony z wersów wiersza Adama Ziemianina "Barcelona".


Ruiny po barze Barcelona................

sobota, 8 grudnia 2012

KONCERT MIKOŁAJKOWY W PIEC'ARCIE - MIĘDZY UDAMI

6 grudnia (Św. Mikołaja) zespół Między Udami zagrał specjalny, świąteczny koncert. Mimo mroźnej aury piwnice PIECART-u były wypełnione sympatykami zespołu. Standardy jazzowe z nutą świateczną grało trio:

Jacek Długosz - gitara
Ignacy Matuszewski - fortepian
Mateusz Frankiewicz - kontrabas



 Parę fotek z tego koncertu.















środa, 17 października 2012

Mój układ z Bogiem to układ rodzinny..........



Izabela Górnicka-Zdziech

Rozmowa z Lucyną Winnicką

Mój układ z Bogiem to układ rodzinny




Czy Pani poczuwa się do grzechu z powodu odejścia od religii katolickiej w stronę hinduizmu?
Nie, gdyż nie jest to odejście od mojej religii, lecz poznawanie świata oraz Boga z różnych stron: jakbym widziała go trochę z przodu, trochę z profilu, trochę z dołu... Moim zdaniem Bóg jest jeden, tylko ludzie kochają go w różny sposób. Nie ma możliwości, by identycznie rozumieć Boga. Jeden człowiek nie pojmie go tak, jak drugi, nawet gdy idą do tego samego kościoła, klękają w tych samych momentach, biją się tak samo w piersi. Mogą być tylko narzucone reguły, rygory, przykazania, dogmaty, które każdy odbiera inaczej jako odmienna konstrukcja psychofizyczna. Wydaje mi się to nieuniknione.
Ale podstawową różnicę znajdziemy w odmiennościach poszczególnych religii. Katolicy jako zbiorowość mają wspólną wizję Boga, którą od hinduizmu dzieli przepaść.
Myślę, że Hindusi nie mogą być skazani na potępienie, dlatego że wyznają inną religię. Czy to byłoby sprawiedliwe? Czasem człowiek jest przecież skazany na taką lub inną wiarę z racji tego, jaką religię wyznaje się w kraju, w którym się urodził. Trudno, żeby nagle Hindus, który nigdy nie wyjechał z Indii, został katolikiem żyjąc w otoczeniu wyznawców hinduizmu. Ja jestem liberalna, akceptuję różne uczciwe sposoby życia, poglądy na świat, religie i drogi do Boga. Dlaczego mam potępiać kogoś, kto nawet nie miał dostępu do mojej wiary?
Wspominała Pani w okresie swoich dalekich podróży o niewytłumaczalnej potrzebie przekraczania siebie, jaka tkwi w człowieku. Zafascynowana pojechała Pani do Indii, by dowiedzieć się, co dzieje się tam w sferze życia duchowego, czy istnieją cuda, czy się spełniają w realnej rzeczywistości czy może w psychice człowieka. Co więc Pani tam dla siebie odnalazła?
W Indiach doznałam czegoś, co nie zdarzyło mi się w żadnym innym miejscu. Było to moje największe przeżycie z wędrówek po świecie. Znalazłam się w aszramie, klasztorze hinduskim, guru – Swami Muktanandy. Podczas pierwszej rozmowy polecił mi medytować w piwniczce pod jego ołtarzykiem – za miejscem, w którym właśnie odbywał swoje spotkanie z uczniami. Uklękłam niedaleko dwóch innych medytujących cieni. Nagle podczas medytacji ogarnęła mnie wielka radość. Zaczęłam śmiać się wewnątrz. Wyszłam stamtąd w poczuciu jasności i szczęścia. Zdarzyło mi się to tylko raz, zupełnie nieoczekiwanie. Byłam wówczas skupiona na hinduiźmie, wierzyłam w siły guru. Tłumaczę to sobie wielką ilością energii, jaką posiadał Swami Muktananda. Być może było to jego promieniowanie?
A czy miała Pani porównywalne przeżycie podczas modlitwy katolickiej?
Były to przeżycia również głębokie, ale nie tak fizycznie odczuwalne, chociaż podczas przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej pamiętam uczucie szczęścia, błogości, rozświetlenia.
Wierzy Pani w moc modlitwy?
Tak, udało mi się kilka razy w życiu wymodlić czyjeś zdrowie. Wierzę, że gorąca modlitwa skoncentrowana na Bogu, na jej przedmiocie, jest ogromnym ładunkiem energii wysłanym w kierunku potrzebującego. Taki ładunek naprawdę może czegoś dokonać.
Będąc w hinduskim aszramie nadal uznawała Pani siebie za katoliczkę?
Tak, ja, katoliczka byłam w aszramie – tak to widziałam. Nawet na myśl mi nie przyszło, że to mogłoby być grzechem.
Przygoda z hinduizmem zmieniła jakoś Pani wiarę katolicką?
Spowodowała być może, że stałam się wieloreligijna. Do katolicyzmu jestem przywiązana jak do imienia i nazwiska. Mnie jednak odpowiada każda religia, która niesie Dobro i Miłość.
Ale każda taka religia wyłącznie ciekawi czy też przekonuje?
Mam trochę wiary w hinduizm, nie w ich bóstwa, ale np. w świętość czystej energii guru takiego jak Swami Maktunanda. Ale proszę spojrzeć jego książka leży u mnie na biurku, lecz od dzieciństwa towarzyszy mi wizerunek Chrystusa.
Powiedziała Pani kiedyś, że fascynacja filozofią orientalną była w czasach materializmu dialektycznego próbą poszukiwania duchowości – dlaczego jednak szukała Pani właśnie w filozofii orientalnej?
To było coś nowego w naszym kraju. Zainteresowała mnie tym niemiecka aktorka Antie Ruge, która pokazała mi książeczkę z ćwiczeniami jogi. Tę pozycję mam zresztą do dzisiaj. Zaczęłam ćwiczyć jogę, doznałam odkrycia natury duchowej. Miałam wrażenie oczyszczenia umysłu. Zmieniłam tempo życia.
Urzekł Panią Wschód, joga, medytacja, łączność z wszechbytem osiągana przez trans, zawieszenie naszej świadomości – wiedza wyższa. Dostrzega Pani jakąś niezgodność tego z religią katolicką? Wiedza wyższa i lepsza pozwalałyby nam także kształcić świadomość osobową indywidualną? Po co byłaby nam potrzebna wolna wola?
Ależ w hinduiźmie los ludzki nie jest zdeterminowany! Trzeba pracować nad sobą, oczyszczać się z negatywnych myśli, kontemplować od rana. Medytacja codzienna jest modlitwą, tylko bez słów oraz osobistego ukierunkowania. W hinduiźmie człowiek ma wpływ jeszcze większy niż w katolicyźmie na to, jaki będzie. Wolna wola jest niezbędna.
Co Pani czyni, gdy między religiami, dogmatami pojawia się konflikt?
Oceniam to po skutkach. Przychylam się ku temu, co przynosi lepsze rezultaty w moim życiu. Oceniam swój stan wewnętrzny. Czasem wybieram elementy z różnych religii, niekiedy zaczynam interesować się czymś nowym, wtedy na jakiś czas porzucam poprzednie praktyki.
Granica między możliwym a niemożliwym, poszukiwana przez Panią latami, gdzie przebiega? Odpowiedziała sobie Pani na to pytanie?
W mojej wolnej woli, w tym, czy chcę dostatecznie silnie, czy nie, co jestem w stanie poświęcić. Zależy to od nas, od kształcenia własnego charakteru. Przykazania postępowania człowieka służą jego rozwojowi oraz lepszemu życiu.
Czy będąc w Indiach uczęszczała Pani do kościoła na mszę? Nie brakowało Pani tego?
Nie przyszła mi tam taka myśl do głowy. Hinduizm ogarniał mnie w ciszy i medytacji. Bóg był wszechobecny.
Sprowadzała Pani do Warszawy filipińskich uzdrowicieli, amerykańsko-hinduskich mnichów i guru. Dzisiaj patrzy Pani na swój ówczesny entuzjazm, zachłyśnięcie się filozofią orientalną z dystansem? Jest Pani krytyczna?
Nie dystansuję się od tego, gdyż są to, moim zdaniem, praktyki bardzo pożyteczne. Niosą one coś, co gubimy w naszej religii katolickiej oraz modlitwach: pustkę. My naszą modlitwę stale czymś wypełniamy: prośbami, myślami, ludźmi. Pustka, w hinduiźmie, otwiera drogę do Boga.
Interesowała się Pani też parapsycholgią, a więc w pewnym momencie życia katolicyzm Pani nie wystarczał w odpowiedziach na najważniejsze pytania?
A dlaczego miałby wystarczać? Życie jest ciekawe, a jeśli człowiek trzyma się jednej poręczy, chodzi tylko po jednych schodach. Zawsze byłam zainteresowana otaczającym mnie światem, ciekawa innych światopoglądów, religii. Uznałam, że nasz światopogląd katolicki niesie niewątpliwie Dobro, dlatego postanowiłam się go trzymać, ale chciałam przyjrzeć się także innym.
Była Pani przez 15 lat związana z Przekrojem jako dziennikarka, stała się tam autorytetem dla czytelników w sprawach magii, magów oraz czarowników. Czy magia nie jest sprzeczna z religią?
Zależy z jak pojętą religią jak pojmowana magia. Być może, że są ludzie religijni lub kapłani, którzy uważają, że jest sprzeczna. W moim pojmowaniu religii – nie jest. Jeżeli wierzę, że diabeł mnie złapie za gardło, gdy w piątek zjem mięso, to znaczy, że moim grzechem jest głupota, a nie magia. Poza tym pisałam o tych sprawach sama będąc pełna wątpliwości. Bacznie obserwowałam, nie ulegając złudzeniom, nie dawałam rozwiązań, nazywając zjawiska diabłem lub cudem. Zastanawiałam się nad istnieniem nieznanych jeszcze człowiekowi sił natury i własnych możliwości, które wymagają pracy. Nigdy bym się nie spowiadała z zajmowania się magią. Nie uważam tego za grzech.
Zajmuje się Pani astrologią, biegiem planet. Odczytuje Pani swoją przyszłość w horoskopach?
Kiedyś to robiłam z ciekawości i może po to, by się podtrzymać na duchu. Sporo cech horoskopowych zauważyłam u siebie oraz u bliskich. Muszę przyznać, że przywiązałam się do horoskopowych charakterystyk. Charakter może zależeć od znaku urodzeniowego! Ja wiążę charakter również z porą urodzenia: mam w sobie ciepło, bo przyszłam na świat w środku lata, ale mam również w swojej naturze buntowniczość – 14 lipca to dzień Rewolucji. Ci z zimy muszą walczyć, być bardziej agresywni, od tego zależy ich przetrwanie. Nie wiem tylko, jak zastosować tę teorię po drugiej stronie globu...
Mówi Pani o sobie feministka. Ale jak Pani ów feminizm rozumie? Kościół bowiem widzi zagrożenie w agresywnym feminiźmie, który zakłada wyzwolenie kobiety, w upodobnieniu się jej do mężczyzny i naśladowaniu go.
Nazywam siebie feministką, gdyż wydaje mi się, że świat nie docenia roli kobiety. A przecież to ona jest bliższa miłości Chrystusowej przez macierzyństwo. Uosabia cechy bardzo ważne w naszej religii. Pokazuje, czym jest dobro i życie poczciwe. Mężczyzna ma w sobie więcej agresji, chęci do walki o byt, zamiłowania rzeczy doczesnych. Według mnie kobieta jest bardziej uduchowiona, aczkolwiek to mężczyźni, nie wiem dlaczego, sprawują w Kościele władzę. A przecież kobieta mogłaby przejąć część tych funkcji. To byłoby zdrowsze i cieplejsze.
Opowiada się Pani za kapłaństwem kobiet w ramach równouprawnienia czy zgadza się Pani z twierdzeniem Kościoła, że kobieta realizuje macierzyński wymiar Kościoła czyli inny rodzaj kapłaństwa?
Nie można w ogóle mówić o pełnym równouprawnieniu kobiet i mężczyzn, gdyż podmiot tego uprawnienia jest różny! Kobieta nie może być równouprawniona do dźwigania ciężarów, których jej konstrukcja psychofizyczna nie jest w stanie udźwignąć. Powinna być równouprawniona w tych dziedzinach, w których została wyposażona w te same instrumenty. Jeśli chodzi o kapłaństwo: inny rodzaj kapłaństwa reprezentuje każdy kapłan. Kobieta zaś w swoim kapłaństwie jest różna od mężczyzny, więc rzeczywiście musi realizować się w tym inaczej w zależności od natury. Ale dlaczego nie ma się realizować jako ksiądz i udzielać sakramentów? Nie zgadzam się, że jest jej przynależny tylko macierzyński wymiar kapłaństwa. Kobieta byłaby świetnym spowiednikiem, ponieważ jest wrażliwsza od mężczyzny i lepiej rozumie ludzką psychikę. Sakrament jest dla mnie zresztą bardziej symbolem niż rzeczywistym aktem.
A jak Pani tłumaczy fakt, że Maryja była najbardziej godna, a przecież Jezus ani jej, ani żadnej innej ze świętych niewiast nie powierzył kapłaństwa. Dar kapłaństwa został powierzony apostołom.
Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że Maryja mogłaby dostąpić kapłaństwa. Była przecież Matką Chrystusa. Myślę, że dla Maryi byłaby to degradacja, przecież została ona ulepiona z tej samej gliny co Bóg. Jezus nie powierzył też kapłaństwa żadnej innej kobiecie, gdyż w tamtych czasach kobiety stały w hierarchii społecznej znacznie niżej niż mężczyźni. Decyzja Jezusa wynikała z obyczajowości. Dzisiaj kobieta może być nawet prezydentem, ale wciąż nie dostąpi kapłaństwa. Może jednak jest to nasze powolne dorastanie do różnych ról, jakie kobieta może spełniać. Nawet mnie samą raziłby na początku obraz kobiety przy ołtarzu, musiałabym do tego przywyknąć.
Jest Pani bardziej biblijną Ewą czy Maryją, matką Jezusa?
Zawsze wybieram sobie w życiu pozycję pośrodku, dlatego trudno mi na to odpowiedzieć. Być może jako Ewa zerwałabym jabłko, chociaż gdyby mi powiedziano, że nie wolno dla dobra ludzkości, prawdopodobnie bym to uszanowała. Jestem bardziej Ewą, gdyż Maryję widzę wyłącznie jako matkę Jezusa, nie mam żadnego obrazu cech jej charakteru. Kojarzy mi się Ona z honorem i świętością. Wydaje się być zatopiona w swoim macierzyństwie, a ja działam w różnych dziedzinach życia. Biblijna Ewa szybciej dostosowałaby się do współczesności niż Maryja. Ewa jest mi bliższa jako matka całej ludzkości.
Zatem wielka szkoda, że nie dane Pani było zagrać Ewy w filmie! Jako aktorka zyskała Pani światowe uznanie i otrzymała wiele nagród z prestiżową Kryształową Gwiazdą Francuskiej Akademii Filmowej dla najlepszej aktorki w 1961 r. Czy wiara była jednym z tych elementów, które pozwoliły Pani zdystansować się od sukcesu?
To była raczej kwestia charakteru. Może wiara wypracowała we mnie rodzaj skromności. Nigdy nie udzielałam się w żadnych organizacjach partyjnych. Odpowiada mi poczucie, że organizacyjnie nie przynależę do nikogo. Zostałam ochrzczona, jestem członkiem Kościołą katolickiego, chodzę do kościoła, chociaż niezbyt regularnie. Miałam okresy, kiedy byłam blisko ludzi wierzących, przystępowałam codziennie do Komunii św., z szalonym poczuciem obowiązku podchodziłam do wypełniania obowiązków religijnych. Wspominam te chwile, jako bardzo dobre. Czasem, jak już wspominałam, odchodziłam od Boga do życia bardziej świeckiego, zauroczenia filozofią Wschodu. Mój związek z Bogiem przypomina układ rodzinny: niekiedy jest się blisko rodziców, innym razem się wyjeżdża i zapomina o nich na chwilę. Nie wiem, czy to jest jednak w porządku, ale na pewno w porządku jest wracać.


Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 16. sierpnia 2002 r.


Inne wywiady Izabeli Górnickiej-Zdziech ukazały się w książce Rozmowy pod niebem [ rezenzja Beaty Wróblewskiej ].

wtorek, 8 maja 2012